Wychowywał się spoglądając na plecy starszego brata. Duże, ciemne oczy skrzyły się radośnie, z dumą, a postać przed nim rysowała się na niezwyciężoną, obrysowaną złotem, z bohaterską peleryną powiewającą na wietrze. On gonił za wielkimi marzeniami, a Mingi postanowił gonić za nim. Podziwiał go za wytrwałość, pracę i godziny spędzone na treningach, które przekuł skutecznie w sukces. Sukces, którego Mingi zapragnął sam dla siebie. Chciał zasmakować tego samego, szumu, dreszczyku emocji. Zacisnąć palce na biletach lotniczych do Stanów.
Aż w końcu się udało.
Prawie…
Choć zawdzięcza wszystko ludziom skupiającym się wokół niego uważa to za równie ogromne szczęście jak to, które przytrafia się starszemu bratu. W okazję, którą otrzymał wkłada całe serce, bo choć nie jest złotym chłopcem Lee, jest równie zaangażowany i pełen pasji. Z podekscytowaniem wysiadł z samolotu, zaczerpnął nowojorskiego powietrza, smakując po raz pierwszy migoczącego na horyzoncie spełnienia. Słodkiego, naiwnego równie mocno jak on sam.
Jednak śpiew, chęć zaimponowania bratu i udowodnienia sobie własnej wartości są w nim tak silne, że zupełnie obcy świat nie zdaje się choć po trosze niebezpieczny, a jedynie piękny niczym nieoszlifowany diament, po który wyciąga dłonie, finalnie chcąc być jak on, osiągnąć tyle co on i mieć takie możliwości jak on.





















